Archive for the ‘artykuły’ Category

Ogłoszenie konkursu na zagospodarowanie pl. Wolnica

11 grudnia o godzinie 14:00 (!) został rozstrzygnięty konkurs na zagospodarowanie placu Wolnica.
Idea konkursu zapisana w regulaminie brzmi :
„Kazimierz przeżywa dziś swój renesans, gromadzi coraz więcej turystów przyciąga mieszkańców Krakowa. Jego centralny plac, dawny kazimierski rynek, powinien stać się chętnie odwiedzanym miejskim salonem, wnętrzem o najwyższym standardzie i atrakcyjnym programie. Plac Wolnica czeka dziś na swoją szansę. Konieczne jest znalezienie takiej formuły programowej, takiej aranżacji jego przestrzeni, która zachęci do przyjścia, spędzenia w niej czasu, sprowokuje do spotkań, zatrzyma. Wygodne meble miejskie, dobrze zaaranżowana zieleń i atrakcyjne oświetlenie wydobywające z mroku najciekawsze elementy, posadzka na której można zarówno tańczyć jak i przechadzać się,, ciekawi goście i gospodarze staną się szansą na sukces towarzyski tego miejskiego salonu. Jak zaaranżować jego wnętrze, co zaproponować gościom.
Liczymy na inwencję i przekonywującą wizję uczestników Konkursu.
Mamy nadzieję, że wykorzystanie potencjału dziedzictwa tego wyjątkowego miejsca, uruchomienie możliwości centrotwórczych okolicznych instytucji i pomysły uczestników konkursu pozwolą ożywić plac. Wierzymy, że dzięki nim powstanie przestrzeń publiczna o najwyższej
randze, przestrzeń wyjątkowa”.
Maksymalny przewidywany w regulaminie koszt realizacji inwestycji wynosi 10.000.000 zł netto.
Oto 4 spośród 37 prac, które przeszły do „finału” konkursu:

I nagroda : Biuro Projektów Lewicki Łatak



opis projektu >

II nagroda: jojko+nawrocki architekci

Wyróżnienie: biuro Projekt Praga



Wyróżnienie: Spółka UCEES


Zapraszamy do komentowania wyników !

Przepraszamy za jakość zdjęć – zostały wykonane nieprofesjonalnym sprzętem, przez aktywistę amatora.

(Tomasz Lelek)

Reklamy

W POSZUKIWANIU PLACU ZABAW IDEALNEGO ROZMOWA Z ARCHITEKTKĄ KRAJOBRAZU ANNĄ KOMOROWSKĄ

Emilia Osińska; Czy architekci i artyści plastycy w Polsce zainteresowani są projektowaniem innowacyjnych placów zabaw dla dzieci w przestrzeni publicznej? Wydaje się bowiem pokutować przekonanie, że to zajęcie raczej mało twórcze i niezbyt poważne… Skąd innąd interesujące, co leży u podstaw takiego przeświadczenia… Czyżby kompleksy?

Anna Komorowska; Nie wydaje mi się, żeby architekci rezygnowali z projektów placów zabaw, bo są niezbyt poważne. Nigdy nie spotkałam się z takim argumentem. Przeciwnie – zaprojektowanie dobrego placu zabaw jest wyzwaniem i szalenie trudnym zadaniem, a do tego kosztownym i problematycznym. Plac zabaw musi być przede wszystkim bezpieczny, spełniać normy, posiadać certyfikaty. Cała procedura związana z pozwoleniami jest czasochłonna i droga. Myślę jednak, że powodem, dla którego artyści i architekci nie podejmują takiego tematu jest to, że nie dostają takich zleceń. Po prostu. Deweloper lub administrator osiedla, odpowiedzialny za postawienie placu zabaw, woli wziąć „gotowiec” z katalogu, bo tak jest szybciej, łatwiej i przede wszystkim taniej. To tak jak z budową domu. Większość Polaków budując dom weźmie projekt z katalogu, a nie zamówi go u architekta. Z wiadomych powodów.

Jestem przekonana, że w Polsce znalazłaby się spora grupa artystów i architektów zainteresowanych projektowaniem przestrzeni dla dzieci.

Przeglądając, chociażby w Internecie, realizacje ze Stanów, Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Danii, zapiera dech w piersiach jak fenomenalne mogą być place zabaw. Dlaczego w Polsce praktycznie brak niekomercyjnego, odważnego i artystycznie zaangażowanego wzornictwa? Nie chodzi tu chyba przede wszystkim o blokadę natury ekonomicznej a raczej o głęboka nieświadomość tego, jak mogłoby być? Co Pani zdaniem stanowi tu podstawową przeszkodę?

Myślę, że jednak powody ekonomiczne są na pierwszym miejscu. Ale prawda, brakuje wiedzy na temat jak mogłoby być. Kończyłam kierunek architektura krajobrazu, czyli najbardziej, wydawałoby się, zbliżony do tego zagadnienia. Tymczasem na studiach nie miałam zbyt wielu wykładów o dobrych placach zabaw. Trudno więc się dziwić, że osoby mniej związane z tym tematem, nie mają pojęcia o tym jak projektuje się na świecie. Bo niby skąd mają to wiedzieć. Brakuje literatury na ten temat, dobrych portali internetowych (mówimy oczywiście o polskojęzycznych). No i przede wszystkim wciąż brak dobrych przykładów na miejscu, które mogłyby inspirować.

Jaka najciekawsza realizacja powstała Pani zdaniem w Polsce w przeciągu ostatniego roku, dwóch lat? Prawdę powiedziawszy nie znam takiej, którą mogłabym wskazać na 100%, ale wynika to też z tego, że nie mam zbyt wielu okazji do zwiedzania polskich placów zabaw (jeszcze ;). Może takie realizacje są, ale są mało promowane. Trudno powiedzieć. Oczywiście samolotowy plac zabaw w parku na os. Dywizjonu 303 to pierwsza jaskółka, która mam nadzieję, jednak wiosnę uczyni…

Czy w Polsce powstają publiczne place zabaw dostosowane do potrzeb dzieci niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo?

Na pewno przy ośrodkach, gdzie na stałe przebywają niepełnosprawne dzieci, wprowadza się pewne udogodnienia dla nich. Nie umiem jednak podać przykładu publicznego placu zabaw, na którym mogłyby bawić się jednocześnie dzieci sprawne i niepełnosprawne. Bo nie należy zapominać, że taki plac zabaw powinien służyć integracji, a nie podziałowi – tu bawią się zdrowe dzieci, a tu chore.

Czy w najbliższej przyszłości istnieją szanse na utworzenie w Krakowie placu zabaw na miarę Parku Guliwera w Walencji czy projektu Grounds for play w Glasgow? Doskonała lokalizacja namierzona: plac między Karmelicką a Dolnych Młynów na tyłach WBP…

Nie wiem czy chciałabym tam widzieć Guliwera, bo akurat niezbyt mi się ten projekt podoba :)). Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby taki plac zabaw powstał. Nie sądzę jednak, żeby było to możliwe w podanej przez Panią lokalizacji. Choć trzeba przyznać, że w centrum Krakowa w ogóle brakuje placów zabaw.

Czy jeśli taki projekt miałby powstawać to czy we współpracy z komercyjnymi dostawcami sprzętu czy niezależnie? Jeśli taki projekt już istnieje, jakie są jego podstawowe założenia? Co stanowi o jego specyfice?

Jak wspomniałam wcześniej w projektowaniu placów zabaw niezwykle trudne są procedury związane z uzyskaniem pozwoleń i certyfikatów. Dlatego może nie trzeba całkowicie obrażać się na katalogi, ponieważ oferowany tam sprzęt jest opatrzony niezbędnymi certyfikatami. Można jednak pomyśleć nad wyborem dobrych, ciekawych zabawek, takich jak np. produkcji Richter Spielgärete (jak pisała autorka bloga Playscapes – jedyny katalog, który może polecić) oraz nad kompozycją całości. Problemem naszych placów zabaw są nie tylko banalne, powtarzalne zabawki, ale również to, że całość traktowana jest jak worek, do którego wrzuca się bez ładu wszystkie sprzęty. Dużo zależy od ustawienia poszczególnych elementów, od kształtowania całego krajobrazu wokół – różnic poziomów, granic (nie musi to być metalowy płotek), zastosowanej roślinności oraz przede wszystkim – myśli przewodniej. Każde miejsce jest inne. W każdym miejscu bawi się inna grupa dzieci. Dlaczego więc wszystkie place zabaw są identyczne? Należy wsłuchać się w genius loci, zaprosić miejscowe dzieci i wspólnie wymyślić wspaniałą historię, która stanie się osnową dla koncepcji. Rewelacyjnym przykładem jest plac zabaw w Millenáris Park w Budapeszcie, na którym odnajdujemy elementy nawiązujące do jednego z węgierskich podań ludowych.

Marzenia a rzeczywistość, czyli porozmawiajmy o finansach. Jakiego rzędu kwota potrzebna jest szacunkowo, aby powstał niebanalny plac zabaw? Jak to się ma do cen placów zabaw „z pudełka”. Skąd takie fundusze pozyskać?

Koszt budowy placu zabaw zależy od ogromnej ilości czynników – od wielkości, miejsca, w którym się znajduje, elementów, które zawiera, grupy docelowej, która będzie z niego korzystała, użytych materiałów i wielu, wielu innych. Dlatego nie da się jednoznacznie powiedzieć ile miałby kosztować „niebanalny plac zabaw”. Na pewno, w porównaniu z placem zabaw z katalogu – trzeba doliczyć koszt indywidualnego projektu oraz koszty związane z pozyskiwaniem odpowiednich certyfikatów. Moim zdaniem jednak, to wcale nie oznacza, że plac zabaw musi być bardzo drogą inwestycją. W pracowni k., którą prowadzę, przygotowujemy się do projektu (który będziemy chcieli również zrealizować) placu zabaw wykonanego z naturalnych materiałów – łatwego do samodzielnego wykonania, niepowtarzalnego i przede wszystkim taniego. Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć odważnego partnera, który zainwestuje w taki eksperyment.

Czy w ciągu ostatnich lat zauważa Pani w Polsce jakieś znaczące zmiany w podejściu do kwestii placów zabaw, ich projektowania, realizacji (jeśli chodzi tak o organa rządowe, jak o odbiór społeczny)? Jakiego rodzaju są to zmiany?

Przede wszystkim obserwujemy wzrost świadomości rodziców. Zarówno jeśli chodzi o rozwój dziecka, jak o jego otoczenie. Na rynku zaczęły pojawiać się dobrze zaprojektowane, ciekawe wizualnie zabawki (najczęściej jeszcze ekologiczne). Spotykamy coraz więcej miejsc przyjaznych maluchom i rodzicom. Organizowane są warsztaty rozwojowe, ale takie które wymagają zaangażowania od rodziców (odchodzimy od modelu przerzucania dziecka z jednych zajęć na drugie). Powstają takie gazety jak „Gaga”. Świadomym rodzicom nie jest obojętne czy miejsce, w którym przebywa ich dziecko jest banalne i brzydkie, czy estetyczne i pobudzające do kreatywności. Z czasem to właśnie rodzice zaczną „wymuszać” na deweloperach, władzy lokalnej, zmianę w tym kierunku. Tutaj widzę szansę na powodzenie nowych, ciekawych pomysłów.

Często podkreśla Pani w swoich tekstach ogromną wagę aktywnej partycypacji dzieci w projektowaniu placów zabaw. Na czym konkretnie taka współpraca dzieci i dorosłych miałaby polegać?

Pamiętajmy, że plac zabaw to miejsce, w którym będą przebywać dzieci. Brzmi to banalnie, ale niestety mam wrażenie, że o tym zapominamy. Argument o tym, że kiedyś sami byliśmy dziećmi nie jest wystarczający. Owszem byliśmy, ale zdążyliśmy o tym zapomnieć. Zapomnieć o tym co naprawdę sprawiało nam frajdę (często nie były to „bezpieczne” zabawy). Wiele podręczników dotyczących projektowania placów zabaw podkreśla, że dzieci są najlepszymi specjalistami od zabawy. Dlatego nie można pominąć ich udziału w procesie projektowania, a nawet tworzenia placu zabaw. W jakim sposób pytać dzieci o ich zdanie? Raczej nie będą to ankiety. Warto zorganizować warsztaty, w ramach których dzieci opowiedzą, narysują, przedstawią na modelu swoje pomysły. Warto również inspirować dzieci, pokazać im ciekawe przykłady ze świata, otworzyć ich (tak, aby oderwały się od placów zabaw, które znają). Zebrane pomysły mogą stać się inspiracją dla architekta. Ale tutaj rola dzieci się nie kończy. Warto pomyśleć o prezentacji gotowej koncepcji. Dzieci są wymagającymi klientami, potrafią wprost powiedzieć co im się w projekcie nie podoba. Jeżeli jest taka możliwość, niektóre czynności przy budowie placu zabaw mogą być wykonane wspólnie z dziećmi, jak np. sadzenie roślin lub malowanie ogrodzenia.

Jaka jest reakcja władz, projektantów i osób decyzyjnych na ideę projektowania z udziałem dzieci?

Wszystko zależy od ludzi. Partycypacja społeczna, czy dotyczy ludzi dorosłych, czy dzieci – bywa uciążliwa, jest przede wszystkim czasochłonna i droga. Ale ponieważ coraz więcej mówi się o udziale mieszkańców w projektowaniu przestrzeni publicznej, coraz więcej instytucji, ale również przedstawicieli lokalnej władzy korzysta z konsultacji społecznych – należy mieć nadzieję, że dzieci również zostaną dopuszczone do głosu.

W roku szkolnym 2007/2008 oraz 2008/2009 Małopolski Instytut Kultury w Krakowie realizował skierowany do przedszkoli i szkół projekt edukacyjny „Oswoić przestrzeń”, w ramach którego prowadzono warsztaty z dziećmi poświęcone głównie kreowaniu przestrzeni placów zabaw. Czy inne krakowskie instytucje podejmują tego rodzaju inicjatywy? Jak wygląda w tym względzie sytuacja w innych częściach kraju? Czy ewentualne działania ograniczają  się  do jednorazowych akcji czy pojawiają się istotne długofalowe inicjatywy?

Celem projektu „Oswoić przestrzeń” jest przede wszystkim edukacja przestrzenna dzieci i młodzieży. Chcieliśmy jednak pokazać uczniom, że architektura to nie tylko kolejne warsztaty, ale rzeczywista przestrzeni wokół nas. Dlatego ważnym elementem była realizacja wybranych, drobnych elementów projektów zagospodarowania terenów wokół szkół partnerskich. Wspólnie z uczniami budowaliśmy kwaterę ogrodową, ławkę czy „Ścieżkę bosych stóp”. Temat edukacji przestrzennej jest bardzo obszerny i mógłby stać się tematem osobnego artykułu. Odsyłam na stronę internetową www.autoportret.pl, na której co tydzień zamieszczane będą opisy ciekawych warsztatów lub scenariusze zajęć z Wielkiej Brytanii, Finlandii, Niemiec, Austrii i innych krajów, jak również z Polski. Mówiąc o samej Polsce – tak, podejmowane są działania tego typu. Być może nie są tak widoczne jak te zachodnie, ale organizacje takie Stowarzyszenie Akademia Łucznica czy Wędrowni Architekci (pozwolę sobie zatrzymać się na tych dwóch) czynią wiele starań w tym kierunku.

Komentując, z resztą z dużym rozczarowaniem, program rządowy „Radosna Szkoła” pisała Pani, że mógł się on stać doskonałą okazją do podjęcia szerszej dyskusji o tym „w  jaki sposób projektować place zabaw, aby służyły rekreacji, edukacji i ogólnemu rozwojowi”? Co stanowi tutaj według Pani kwestię kluczową?

Przede wszystkim nie mogą to być powtarzalne place zabaw. Jak mówiłam wcześniej – każde miejsce ma swoją specyfikę, którą należy uwzględnić w projekcie. Ważne jest również, aby zabawki na placach zabaw nie sugerowały tylko jednego sposobu użycia, tzn. aby można było je wykorzystać na kilka sposób. Właśnie z tego powodu niezwykle rozwijające są naturalne place zabaw. Rekreacji i rozwojowi na pewno nie sprzyja siedzenie na gumowej nawierzchni. Wykładanie całego placu zabaw tzw. bezpieczną nawierzchnią jest coraz powszechniejsze, ale wcale nie konieczne. Normy określają powierzchnię jaka jest niezbędna. W wielu wypadkach piasek lub inne sypkie nawierzchnie, są w zupełności bezpieczne. Stają się one również materiałem do zabaw – przesypywania, kopania dołów, tuneli, zamków… Pole do popisu dla wyobraźni. Przykłady można mnożyć.

Czy poza programem „Radosna szkoła” zostały podjęte ostatnio inne inicjatywy ministerialne  czy władz niższego szczebla na rzecz liczniejszych, mądrzejszych i ciekawszych placów zabaw?

Nie znam podobnych inicjatyw, dlatego z radością przyjęłam wiadomość o tym, że Ministerstwo Edukacji dofinansuje przyszkolne place zabaw. Niestety program okazał się wielkim rozczarowaniem, z powodów o których wcześniej mówiłam – sztampowości, powtarzalności schematów, zachęcania do tworzenia identycznych placów zabaw z katalogu. Wielu zapisów programu nie rozumiem. Dlaczego wszystkie dofinansowane place zabaw muszą mieć bezpieczną nawierzchnię w określonym kolorze (niebieskim i pomarańczowym), powinny być prostokątne i płaskie… Autorzy programu argumentują to potrzebą łatwego dostępu. I to jest właśnie to, o czym wspominałam – ktoś kto pisze coś takiego chyba zapomniał, że w dzieciństwie uwielbialiśmy wspiąć się na pagórek, a potem się z niego sturlać, a zimą zjechać na sankach…

Co z aktywnością organizacji pozarządowych w tym względzie?

Wspomniana już przeze mnie Akademia Łucznica, w ramach prowadzonej od lat edukacji architektonicznej, zrealizowała razem z dziećmi plac zabaw, wykonany z naturalnych materiałów – drewna, wikliny. Plac zabaw, może nie w 100% bezpieczny z punktu widzenia norm i certyfikatów, był ulubionym miejscem zabaw dzieci przez całe lato. Wiklinowy, kręcący się (!) domek na drzewie powstał również przy leśniczówce w Dąbrowie Dolnej, zajmowanej przez Stowarzyszenie Odnowica. Jak widać można :)).

I na koniec, jak Pani zdaniem powinien wyglądać idealny plac zabaw? Co znalazłoby się na nim z pewnością, czego na pewno nie pominęłaby Pani robiąc taki projekt?

Idealny plac zabaw to taki, na których chcą bawić się dzieci (i to nie tylko z braku innego miejsca), który rozwija ich kreatywność, który zachęca do wspólnych zabaw, który nie jest sprzeczny z duchem miejsca, który uwzględnia potrzeby i pomysły dzieci (tych konkretnych dzieci, które tam się bawią), który rozwija się razem z dziećmi (stopniowo dorastającymi i odchodzącymi, z nowymi). A dla mnie osobiście powinien być jeszcze naturalny :)).

Dziękuję za rozmowę.

ANNA KOMOROWSKA (ur. 1982)

Architektka krajobrazu i pedagog. Studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej, Technicznym Uniwersytecie w Kaiserslautern (Niemcy) oraz Wydziale Humanistycznym Akademii Górniczo-Hutniczej. W latach 2007-2009 koordynatorka programu „Autoportret. Warsztaty” w Małopolskim Instytucie Kultury. Założycielka projektowo-edukacyjnej pracowni k. (http://www.pracowniak.pl). Autorka licznych publikacji związanych z edukacją architektoniczną dzieci i młodzieży, m.in.. w: Zieleń Miejska, portal ArchitekturaKrajobrazu.info, kultura enter miesięcznik wymiany idei, autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni, portal miejsca.org, portal architekci.pl.

(Emilia Osińska)

JOANNA ERBEL: „MIEJSKA WSPÓLNOTA LUDZI I NIE-LUDZI”

Współczesne dyskusje o mieście coraz częściej toczą wokół pytania: do kogo należy miasto? Czy jest ono miastem urzędników, deweloperów czy mieszkańców? Jeśli zaś mieszkańców, to czy każdy mieszkaniec miasta może należeć do miejskiej wspólnoty? Czy nielegalna imigrantka albo nowoprzybyły pracownik najemny mają w praktyce takie same prawo do miasta jak potomek rodziny żyjącej w danym miejscu od pokoleń? Czy w dobie globalizacji i nasilonych migracji w ogóle można mówić o wspólnocie miejskiej? Odpowiedz na pytanie o formę wspólnoty miejskiej jest nie tylko zagadnieniem teoretycznym, ale ma również konsekwencje praktyczne, które znajdują swoje odbicie w planowaniu przestrzennym i mogą albo zapobiegać różnym formom społecznego wykluczenia, albo je pogłębiać…

całość artykułu w formacie pdf:

ERBEL Miejska wspólnota ludzi i nie-ludzi_kult.pop_ost

CHCĄ SKUĆ MOZAIKĘ Z BIPROSTALU

proj. Aleksander Rusin

W ostatnim czasie głośna stała się w Krakowie sprawa planów skucia mozaiki z budynku Biprostalu w związku z jego całościowym remontem. Zamiast dzieła krakowskiej artystki, Celiny Styrylskiej-Taranczewskiej, na bocznej elewacji mają pojawić się kamienne płyty. Przedstawienie opinii publicznej zatwierdzonego już projektu od razu wzbudziło wiele kontrowersji i burzliwych dyskusji. Nikt, a w szczególności właściciel Biprostalu, nie spodziewał się z pewnością aż takiego sprzeciwu. Do akcji protestacyjnych włączyły się media, różnego rodzaju stowarzyszenia i instytucje, studenci oraz mieszkańcy Krakowa. W Internecie krąży petycja w tej sprawie, którą może podpisać każdy, kto nie zgadza się, aby mozaika zniknęła z krajobrazu Krakowa, a – jak twierdzi Monika Bogdanowska, architekt i przewodnicząca Komisji ds. Ratowania Zabytkowych Cmentarzy Krakowa i Ziemi Krakowskiej – „to właśnie mieszkańcy Krakowa mogą coś zdziałać w pierwszej kolejności – nikt inny”.

zdj. Karolina Krupska

Niestety polskie prawo nie zabrania niszczenia budynków powstałych w drugiej połowie XX wieku, jeśli nie widnieją one w rejestrze zabytków. Mozaika z Biprostalu wpisana została niedawno do gminnej ewidencji zabytków, jednak to nie daje miastu prawa do ochrony dzieła. Potrzebny jest wpis dokonany przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków do rejestru zabytków, lecz, jak twierdzi Mikołaj Kornecki, przewodniczący Obywatelskiego Komitetu Ratowania Krakowa, „to daleka droga i też wymaga dobrej woli właściciela”.

Bardzo zły stan mozaiki, który może spowodować odpadnięcie płyt ceramicznych z elewacji budynku, jest głównym argumentem właściciela Biprostalu za zlikwidowaniem dzieła. Jak twierdzi Monika Bogdanowska, odrestaurowanie mozaiki o tak dużej powierzchni jest technicznie i technologicznie zupełnie nowym problemem. Brakuje również na to pieniędzy, wciąż szukane są środki i sposoby ich pozyskania. Pojawiają się również propozycje, by zdjąć mozaikę i nałożyć ją z powrotem na ocieploną elewację, lecz to wymagałoby interwencji w projekt i zwiększyło koszty. Muzeum Narodowe w Krakowie zaproponowało także, by przenieść dzieło Celiny Styrylskiej-Taranczewskiej na jeden z krakowskich bloków. Są to jednak rozwiązania ostateczne, a wszyscy woleliby, aby mozaika pozostała na swoim miejscu. Mikołaj Kornecki największe nadzieje pokłada w rozmowach z właścicielem budynku. Mówi, że OKRK ma propozycje technicznego rozwiązania problemu, które chce przedstawić w najbliższym czasie inwestorowi. Piotr Płucienniczak, współinicjator akcji Nie pozwólmy zryć mozaiki z Biprostalu oraz manifestu grupy „Biprostal-2”, twierdzi natomiast, że dyrektor Biprostalu nie wydaje się osobą rozmowną, i że niestety rozwiązanie przynieść może wyłącznie administracyjna ochrona mozaiki. Ufa jednak, że „społeczne poruszenie i szum medialny przynajmniej zmotywują zarząd do zadbania o wizerunek firmy i pozostawienia dzieła sztuki”.

Największym i bez wątpienia miłym zaskoczeniem jest fakt, że do akcji ratowania dzieła włączyło się wielu mieszkańców Krakowa, dla których mozaika stała się stałym elementem tej części miasta. Większość przyzwyczaiła się do niej tak bardzo, że nie wyobrażają sobie, by budynek na rogu ul. Królewskiej i Alei Kijowskiej zmienił swój wyraz. Zamiar skucia mozaiki poruszył zatem nie tylko środowiska ludzi zainteresowanych sztuką, ale przede wszystkim mieszkańców, a dyskusje na ten temat słychać w tramwaju za każdym razem, gdy przejeżdżają obok budynku Biprostalu.

Może dziwić, że właściciel Biprostalu, będąc posiadaczem takiego dzieła sztuki, chce się go pozbyć. Niestety faktem jest, iż inwestorów interesuje głównie zysk, a nie historyczna i artystyczna wartość budynku. Nasze prawo nie chroni takiego rodzaju zabytków, dlatego co roku tracimy kolejne obiekty powstałe po latach 50. XX wieku. Kraków skupiony jest tak bardzo wokół zabytków Starego Miasta, że modernistyczna jego część, przez większość uważana za mniej atrakcyjną, jest zapominana i niszczeje.

Jedyna nadzieja w nas, zwykłych, przeciętnych mieszkańcach tego miasta. Optymistycznie nasz udział w ratowaniu mozaiki widzi Piotr Płucienniczak: „Akcja protestacyjna wpisuje się w trend odzyskiwania przestrzeni miejskiej i zwiększania świadomości dotyczącej tego, co dzieje się z Krakowem. Jeśli patrzeć na sprawę z perspektywy socjologicznej, to nawet gdy mozaika zostanie zryta, akcja będzie sukcesem – uruchamia bowiem i podtrzymuje potencjał społeczny, który mobilizował będzie się przy okazji podobnych protestów w przyszłości”.

Istnieje zatem szansa, byśmy to my przyczynili się do uratowania tej ogromnej, ponad pięćdziesięciometrowej, kubistycznej kompozycji zaprojektowanej przez krakowską artystkę specjalnie z okazji utworzenia Biprostalu. Niewiele obiektów takiego rodzaju mamy w Krakowie, na szczęście jednak mozaiki na Kinie Kijów i teatrze Bagatela doczekały się swojego odnowienia i są prawdziwą ozdobą miasta. Pozostaje żywić nadzieję, że posłużą też za przykład takiego postępowania, które szanuje unikalną historyczną i artystyczną wartość krakowskiej architektury. Nie stać nas na utratę tak cennych obiektów.

Zachęcam wszystkich do podpisywania petycji na stronie petycje.pl.

Karolina Krupska

proj. kampanii Aleksander Rusin

*Kampania „Stop Tandecie” zainicjowana została na forum SkyscraperCity, doczekała się fantastycznej oprawy graficznej autorstwa Aleksandra Rusina, jednak do tej pory nie została wykorzystana poza siecią. Planowany remont Biprostalu ma „szansę” stać się kolejnym przykładem działań Kapitana Tandety.

Z cyklu sztuka współczesna w przestrzeni miejskiej Krakowa- odcinek pierwszy, oby nie ostatni.

hala turbin Otwarta dla publiczności kilka dni temu realizacja Mirosława Bałki w Tate Modern w Londynie zbiera fantastyczne recenzje; „ praca Mirosława Bałki staje w rzędzie najbardziej udanych projektów w Hali Turbin” pisze krytyk Guardiana Adrian Searle, „to po prostu najlepsza dotąd instalacja” uważa Rachel Campbell- Johnson z „The Times”. Nazwisko polskiego artysty przeszło do historii sztuki powszechnej. Jest dziesiątym z kolei twórcą, któremu powierzono do zaaranżowania przestrzeń Tate Modern i który świetnie poradził sobie z wyzwaniem.
Tymczasem w Krakowie trwa dyskusja na temat rzeźby Auschwitzwieliczka, tutejszej realizacji Mirosława Bałki, tymczasowo umieszczonej na placu Niepodległości.
Wśród członków stowarzyszeń dzielnicy Podgórze, gdzie stanęła praca, zapanował strach, że deklarowana przez organizatorów Festiwalu Art Boom tymczasowość lokalizacji jest fikcją i (porównując do pomnika Lenina na Placu Centralnym) przepowiadają, że rzeźba Bałki będzie, wbrew woli mieszkańców, stać w obecnym miejscu przez długie lata.
Zdaniem Krakowskiego Biura Festiwalowego praca Bałki to wielka szansa by wypromować i ożywić turystycznie dzielnicę, która ciągle pozostaje na marginesie najważniejszych atrakcji Krakowa. Czytając artykuły z ogólnopolskiego wydania Gazety Wyborczej czy The Guardian trudno nie przyznać organizatorom racji.

Jednak słuszność mogą mieć także ci, którzy zauważają, że Podgórzanie zostali „na siłę” uszczęśliwieni sztuką, jaką niekoniecznie  rozumieją i doceniaja . Sztuką, która dla nich może stanowić jedynie estetycznie drażniący, surowy w formie, betonowy tunel ingerujący w przestrzeń bez ich zgody.
Internauci, zaostrzając dyskusję, we właściwy sobie bezpośredni sposób, grzmią, że Sztuki w tej „konstrukcji budowlanej” nie dostrzegają, zwracając uwagę na jej potencjał jako szaletu publicznego…

W tonie znacznie poważniejszym, władze dzielnicy wyrażają zaskoczenie zgodą Miasta na realizację rzeźby Bałki na tym placu, dodając, że ustawiony tam tunel komplikuje realizację projektu aranżacji tego miejsca, utrudniając w znaczny sposób organizację pogórskich imprez cyklicznych.
W odpowiedzi dyrektorka KBF – Magdalena Sroka informuje, że plany lokalizacji były przedstawiane radzie dzielnicy wiosną. Przed wystawieniem rzeźby kontaktowano się również  z lokalnymi instytucjami, a nawet zorganizowano akcję ulotkową, mającą na celu poinformowanie mieszkańców o wydarzeniu.
Organizatorzy Art Boom’u podkreślają liczne trudności, z jakimi musieli się zmagać w czasie poszukiwań lokalizacji dla rzeźby Auschwitzwieliczka, która zgodna byłaby z wizją artysty, uzyskała pozwolenie Miasta, a także stanowiła kompromis wobec władz dzielnicy.

Wśród interesujących opinii godny dyskusji wydaje się komentarz, że jakkolwiek realizacja projektu Bałki właśnie w Krakowie jest spektakularnym sukcesem artystycznym i prestiżem dla miasta, to jednak poniesiono kolejną klęskę społeczną.Pojawiają się zdecydowane głosy, iż świat sztuki nie powinien decydować o kształcie publicznej przestrzeni.

Górnolotnie podsumowując, należy głęboko się zastanowić jak w przyszłości oswajać mieszkańców polskich miast ze sztuką współczesną,przekonać o klasie artystów takich jak Bałka. Kwestią otwartą pozostaje problem, w jaki sposób doprowadzić do sytuacji, w której za 20 lat, jak życzyłaby sobie dyrektor artystyczna Art Boom’u Małgorzata Gołębiewska, takie dyskusje miały marginalne znaczenie, a artyści, kuratorzy wraz z mieszkańcami i radami dzielnic wspólnie decydowali o obecności sztuki współczesnej na placach i ulicach polskich miast.

(Marta Skowrońska)

never ending story………

W pierwszych słowach chciałbym podziękować Gazecie Wyborczej, dzięki której możemy uzyskać informację o nowych, pomnikowych inicjatywach. Następne podziękowania, tym bardziej zdecydowanie zjadliwe, kieruje w stronę krakowskich radnych, niezawodnych w pobudzaniu krążenia krwi w żyłach mieszkańców. Problemem nie jest jedynie wspaniały pomysł wybudowania treściowo pustego niczym wydmuszka 25 metrowego brązowego klocka utrzymanego w stylu narodowo-dźwigajowym ale samowola Stowarzyszenia im. Płk. Ryszarda Kuklińskiego. W artykule czytamy „Rzeźbiarz też jest sprawny, boję się jednak, że będą nam chcieli utrącić tę inicjatywę konkursem architektonicznym. Ale nie zgodzimy się na żaden konkurs! Jak nam go nakażą, idziemy do innego miasta „. Co do sprawności profesora Dźwigaja nie mamy żadnych wątpliwości, owoce jego pracy możemy przecież oglądać na kilku krakowskich placach. Pan profesor jest przecież naszym krakowskim nadwornym rzeźbiarzem (na przemian z Mitorajem). Zastanawiające jest natomiast że Stowarzyszenie tak chętnie stawia pomnik, będący estetycznie przejrzałym, wtórnym pod względem symboliki (dwukrotnie przestrzelone lewe skrzydło) wybrykiem grupy entuzjastów tematyki narodowej, którzy nie przyjmując żadnej krytyki, roszczą sobie prawa do przestrzeni publicznej. Co więcej grożą że pomnik stanie w innym mieście (najgorszemu wrogowi z Bytomia, Tarnowa czy Olkusza nie życzyłbym budzić się rano i oglądać dźwigarowego orzełka).

Krytykując pomnik daleki jestem od krytyki inicjatywy wybudowania monumentu gen. Kuklińskiemu, jednak nasz orzełek bardziej przypomina fetysz Stowarzyszenia niż hołd złożony postaci, która wpisała się w karty historii Polski. Czy temu faktycznie mają służyć rzeźby upamiętniające osoby i wydarzenia? Co stoi za tego typu inicjatywami jeśli nie spora ilość pieniędzy i całkowity brak otwartości na dyskusję? Czy musimy to tolerować? Zastanawiający jest również brak reakcji ze strony Radnych którzy bezdyskusyjnie i jednogłośnie zaakceptowali projekt. Mam wrażenie że spoglądające na nas z Wawelu setki lat historii Polski sprawiły że w Krakowie pojęcie wtórności i plagiatu nabrało wyraźnie pozytywnego znaczenia. Póki będzie za późno i do grona Skarg, Piłsudzkich oraz dziesiątek papieży dołączy kolejny nie wyróżniający się na ich tle monument Projekt Miejski podejmie działania aby inicjatywa wybudowania pomnika została zweryfikowana przez konkurs.

nalot mitorajów

Kto bacznie sieć śledzi ten znalazł w dzisiejszy krakowskim wydaniu Wyborczej artykuł o nowej rzeźbie autorstwa  Igora Mitoraja jaka „ozdobi” plac przed Operą Krakowską. Autor artykułu słusznie zauważa że dzieło pasuje do architektury opery choć wydaje mi się, że klarowniej byłoby napisać iż obie są siebie warte. Kontrowersję jakie pojawiaja się wokół twórczości Mitoraja świetnie obrazują komentarze do tekstu jakie pojawiły się w sieci. Wynika z nich że krakowianie jednogłośnie mówią Mitorajowi „dość”. Po co nam tak słaba alternatywa do Dźwigaja?  Wizja kilku a nawet kilkunastu mitorajowych rzeźb pod Wawelem jest przerażająca, nie mniej niż ponury żart, w którym autor artykułu sugeruje aby słynna głowa stanęła przed powstającym na Zabłociu Muzeum Sztuki Współczesnej. Dalekie jest to od naszej wizji Muzeum a także egzystencji dzieł w przestrzeni publicznej. Kontrowersję będą zawsze, w końcu to sztuka współczesna, jednak kiedy dotyczą one po raz wtóry tego samego autora stawiającego tendencyjne i kiczowate produkty należałoby się zastanowić co dalej…

Jak zabrać się za „odbrązawianie” niechcianych krakowskich pomników? Co możemy z nimi zrobić po fakcie ich postawienia? Jak należałoby przekonać miasto aby podobne decyzje poparte były debatą?

Czy artysta ma prawo zawłaszczać przestrzeń publiczną i kreować ją według swego uznania? Czarne punkty według młodego pokolenia artystów.

’Przestrzeń Publiczna jako „nowa scena kultury”, to największa przemiana, jakiej ulega dziś sztuka współczesna.’(Rahim Blak)

Kontynuując dyskusję nad rolą sztuki w miejskiej przestrzeni, przedstawiamy kolejne opinie, tym razem młodych artystów- Rahima Blaka, Dominika Stanisławskiego i Michała Zawady. Ich wypowiedzi poszerzają nasz odbiór zagadnienia Miasta, jako bezgranicznej przestrzeni wystawienniczej. Poruszają także temat edukacji odbiorców oraz zjawiska przenikania sztuki w różne dziedziny życia codziennego…

„Czarne Punkty ujawniły, jak bardzo złożonym problemem staje się ingerencja w przestrzeń publiczną w miejscu, które z regułami debaty społecznej zdaje się dopiero zapoznawać. Trudności piętrzą się na wielu poziomach. Oczywiście, zasadnicze rozgrywają się w warstwie politycznej i można powiedzieć, systemowej. Jak w demokratyczny sposób ingerować w publiczną przestrzeń, która, jak sama nazwa wskazuje, należy do każdego obywatela, bez wyjątku? Przecież każde wejście w taką przestrzeń jest już jakiegoś rodzaju zawłaszczeniem, a zasłanianie się hasłami na temat dobra wspólnego, idąc za Żiżkiem, często staje się gestem par excellance ideologicznym, ukrywającym konkretne (choć często wcale nie negatywne) interesy. Kto daje nam prawo, żebyśmy, będąc historykami sztuki, urbanistami, artystami decydowali o tym, jakiego rodzaju interwencje są dobre, a jakie złe? Przecież nie jesteśmy już w bezpiecznej przestrzeni galerii. Jak słusznie zauważył w pewnym miejscu Łukasz Białkowski, hipokryzją byłoby roszczenie sobie takich praw, ale czy, z drugiej strony, można się na tym zatrzymać, dochodząc do impasu, nierozwiązywalnego konfliktu interesów poszczególnych grup społecznych?”(Michał Zawada)

Zgodnie chyba odpowiemy, że należy temat drążyć, niestrudzenie poszukując dróg wyjścia i badając nowe strategie działania…

„Organizatorzy Czarnych Punktów wybrali, jak sądzę, słuszną drogę – edukacyjną. Nie było podawania gotowych rozwiązań, które, bezdyskusyjnie znaleźć się powinny w naszym mieście. Zdecydowali się raczej wskazywać zaistniałe projekty, które w jakiś sposób wytrzymują próbę czasu w innych miejscach, które przecież w podobny sposób borykają się z problemami ingerencji w PP. Oczywiście, żadne tego rodzaju rozwiązanie nie obywa się bez kontrowersji – i na to trzeba być przygotowanym.”( Michał Zawada)

„Myślę, że głównym powodem, dla którego podczas dyskusji padło więcej wątków niż podczas wykładu jest rozmiar tematu, którego nie dało się zamknąć w ramach jednej prezentacji. To świadczy o ogromnym zapotrzebowaniu na tego typu debaty. Z jednej strony artyści, dla których liczy się tylko sztuka, z drugiej aktywiści, którzy chcą „zmieniać świat na lepszy” nie tylko za pomocą sztuki. Tak jak wspominałem podczas dyskusji, pomników typu Piłsudzki czy Skarga, nie
można oceniać w kategoriach złego czy dobrego dzieła, bo one  w tych kategoriach się nie mieszczą, ale to nie znaczy, że nie boli artystów ich poziom, boli bardziej niż kogokolwiek, dlatego rola twórcy nie kończy się tam gdzie jego  ilozofia sztuki. Dodam jeszcze dla sprostowania, że ładniejszy, fajniejszy i jakikolwiek inny pomnik dalej nie byłby sztuką, bo z założenia od początku miał być pomnikiem (funkcja komemoratywna) upamiętnia to co ważne dla jego inicjatorów i w sposób im bliski. Rola artysty jest zupełnie inna niż dopasowywanie się do oczekiwań bractw i stowarzyszeń. Ja np. zmieniłbym postać Skargi na inną, lub wyszedł z inicjatywą postawienia pomnika lub
wyburzenia, a to jest poza kategorią formalną. Przybliżanie pomników do sztuki za pomocą doboru „rzeźbiarzy” sprawniejszych technicznie lub reprezentujących bardziej współczesną formę jest banałem.”(Rahim Blak)

”Zgadzam się z opinią Rahima Blaka, który zauważa, iż w przypadku czarnych punktów, po których oprowadziły Ania i Aneta nie mamy do czynienia ze sztuką (a więc automatycznie nie mamy do czynienia z artystą). Oczywiście to rodzi dyskusję na temat definicji sztuki, ale wymienione realizacje porównałbym do sytuacji, w której dziewiętnastowieczne martwe natury nieewokujące niczego innego poza nimi samymi przedstawia się jako współczesną sztukę. Tutaj sytuacja jest równie kuriozalna, już na wstępie mamy do czynienia z czymś z obszaru historii sztuki (gdzie proszę wybaczyć tak duży skrót myślowy). Z moim ujęciem sztuki w żaden sposób poszczególne „czarne punkty” nie korespondują. Dysponujemy zresztą dziewiętnastowiecznym określeniem niemieckim (bodajże Nietzche’go): ‘wyrobnictwo’. Oceniam tę sytuację w taki sposób: to nie jest sztuka. To są mniej lub bardziej sprawne realizacje boleśnie szablonowych założeń zleceniodawców. Tak rozumiem argument Blaka, artyście nic do tego! Tak ustanowionej siatki pojęć – moim zdaniem – w czasie dyskusji zabrakło. Prelegentki milcząco założyły, że czarne punkty to wyłuskane ze świata sztuki niefortunne zdarzenia. To właśnie, moim zdaniem, oburzyło uczestniczących w dyskusji czynnych artystów i teoretyka.”(Dominik Stanisławski)

”Z problemem estetyki PP trudno spotkać się w zasadzie na każdym szczeblu edukacji. To jest właśnie „czarny punkt” – przemilczanie zagadnień, które dotyczą zjawisk dotykających nas bezpośrednio, na co dzień. Będąc studentem historii sztuki i malarstwa, na uczelniach problem ten raczej nie jest podnoszony (za wyjątkiem jednego wykładu na ASP, który, choć w niewyczerpujący sposób, dotyka tej tematyki) – podobnie, jak cała przestrzeń teoretyczna, która problem partycypacji i aktywności sztuki w przestrzeni publicznej od dekad stara się podnosić. Najgorsze, że przy obecnych metodach kształcenia, nawet nie przychodzi mi do głowy sposób, w jaki można by to zmienić.”(Michał Zawada)

Jak więc edukować przyszłych artystów i obywateli miast ze światem sztuki bezpośrednio niezwiązanych, by wspólnie i harmonijnie tworzyli oni nowoczesny estetyczny wizerunek publicznej przestrzeni? Czy możliwe jest by akademikom i twórcom udało się nawiązać dialog z szerszym gronem odbiorców, zachęcając je do uczestniczenia w akacjach i projektach związanych ze sztuką współczesną?

czystość i porządek gwarantem sukcesu!

Chyba każdy z nas pamięta przytaczany przez Piotra Piotrowskiego w „Znaczeniach Modernizmu” system władzy nazwany umownie „modelem Bentham/Foucault”. Nie wchodząc w szczegóły chodzi o sytuację, w której obywatele kontrolowani są przez strażnika, który ich obserwuje. Ważniejszym od osoby strażnika jest strach, jaki rodzi się w każdej z obserwowanych osób. Świadomość obecności strażnika, który właściwie nie tyle musi istnieć, co wzbudzać w poczucie nieokreślonej konsekwencji nielegalnych działań.
W Białorusi symbolem władzy – strażnika sprawującego cichą piecze nad społeczeństwem jest czystość. Higiena strefy publicznej, z której usunięto jakikolwiek brud subkultury, margines społeczny czy też inne elementy nie mieszczące się w granicach porządku definiowanych przez Łukaszenkę.

Irytująca wręcz sterylność placów, ulic i trawników sprawia, że obywatele nieświadomie poddają się władzy wyczuwając na co dzień jej obecność. Celem odbywającego się niedawno Hejnał Expedition Art Festiwal było rozbicie tej iluzji i wprowadzenie do przestrzeni publicznej „brudu” w postaci wolnych działań artystycznych. Członkowie Grupy Strupek anektując nieoficjalnie place i ulice Mińska wypowiedzieli partyzancką wojnę władzy Łukaszenki, ośmielając Białorusinów do swobodnej wypowiedzi i ingerencji w obszar wspólny. Efektem były instalacje i performance, które sprawiły, że białoruscy artyści zaczęli patrzeć inaczej na objętą całkowitą protekcją władzy przestrzeń publiczną.


Pomimo że sytuacja naszych wschodnich sąsiadów jest zbyt złożona żeby używać upraszczających pojęć jak reżim czy dyktatura to właśnie przestrzeń publiczna jest tutaj wrażliwym wyznacznikiem wolności i demokracji. Demaskuje na pierwszy rzut oka system, który przykryty przesadnie cukierkowym naskórkiem, niedyskretnie „wystaje” paraliżując swobodę nie tylko artystycznej wypowiedzi.

Świetnie w białoruskim kontekście odnalazła się instalacja „Monitoring” Pawła Kowzana, która w wymowny sposób komentuje iluzoryczność systemu władzy krytykując go za pomocą jego własnej broni, aparatu zastraszenia. Zamontowane naprzeciwko siedziby KGB tuż przy pomniku Dzierżyńskiego papierowe kamerki nie doczekały się jednak zniszczenia w efekcie warunków atmosferycznych czy działalności przypadkowych odbiorców. Dzień po montażu zniknęły usunięte zapewne przez nieświadomych wagi swojej pracy sprzątaczy.

Czarne punkty – drogi wyjścia – DYSKUSJA- komentarze, problemy, postulaty.

Dyskusja wzbudziła wiele skrajnych emocji… skłoniła też grono ludzi związanych z krakowskim światem sztuki do wyrażenia swojej opinii na temat poruszanych zagadnień… Przykładem są wypowiedzi przytaczane poniżej.

Rezultatem spotkań z „czarnej” serii było wyartykułowanie pewnych problemów, pojawienie się ciekawych postulatów i interesujących spostrzeżeń. Wszystkie zagadnienia związane z problemem Czarnych punktów Krakowa można, nieco upraszczając, zamknąć w obrębie kilku zagadnień. Z bogatej korespondencji powstałej z inspiracji opisanych wyżej spotkań, dokonałam wyboru fragmentów odnoszących się do poszczególnych punktów:

1. Problem odbiorcy, adresata realizacji w przestrzeni miejskiej Jedną z kardynalnych kwestii jaka pojawiła się w wymianie zdań jest zagadnienie rozbieżności w ocenie estetycznej danego obiektu w przestrzeni publicznej. Rozbieżności, która związana jest z grupą społeczną odbiorcy. Zdaniem rozmówców należy zdecydowanie przeciwdziałać hermetyzowaniu sztuki i zwrócić szczególną uwagę na nawiązanie kontaktu pomiędzy dziełem a mieszkańcem miasta. Problem nie tkwi więc w adaptacji narzuconych rozwiązań ale szeroko pojętej edukacji.

„Uważam, że przechodnia (tak mieszkańca miasta, sąsiada realizacji, jak też odwiedzającego Kraków turystę, studenta) nie można traktować jak ‘ćwierćinteligenta’, którego uświadamiać/pouczać/przypominać/naprowadzać należy ‘strzałem między oczy’ pięścią odlaną w brązie! Przestrzeń publiczna jest z samej definicji wspólna, dlatego mam prawo czuć oburzenie, że zleceniodawca (czy rzemieślnik, który wykonał zlecenie?) nie docenił moich – przechodnia! – walorów intelektualnych.  Z drugiej strony i tutaj zgoda z Pawłem Brożyńskim, skrajnie skomplikowanym ‘sztucznym’ konstrukcjom zostawmy miejsce w galeriach, do których nikt nie jest zmuszony wchodzić. W tym kontekście przykłady realizacji, jakimi podparły się Aneta i Ania są moim zdaniem świetnie wyważone.”(Dominik Stanisławski, ASP im. J. Matejki w Krakowie)

2. Kwestia tworzenia stowarzyszeń zajmujących się kształtowaniem przestrzeni miejskiej

„Co do Stowarzyszeń to nie mam żadnych wątpliwości, że tego typu forma aktywizacji mieszkańców ma sens. Spójrzmy chociażby na efekt działań Stowarzyszenia „Przyjazny Kazimierz”- rozpoczęli debatę nad przyszłym kształtem pl. Nowego i targowiska na nim zapraszając m.in. zarządców podobnych placów z Londynu, urbanistów itp. oraz wywalczyli konsultacje społeczne przy okazji konkursu architektonicznego na pl. Wolnica. Przynależność do Stowarzyszeń, jak i sama świadomość, że istnieją i walczą, pozwala uwierzyć mieszkańcom w moc sprawczą ich głosu i prawo do kształtowania tkanki miasta. Z drugiej strony miasto i rady dzielnic chętniej negocjują z konkretnymi osobami wybranymi jako przedstawiciele z ramienia danych organizacji.”(Tomasz Lelek. Politechnika Krakowska)

„Uważam, że grupowanie się w stowarzyszenia ma zasadniczy sens, ponieważ pozwala oddolnie kształtować ‘swoje własne podwórko’. Czyli nie czekamy z założonymi rękami, aż odezwie się do nas Warszawa, wojewoda, Miasto czy rada dzielnicy. Łączę to z pytaniem o ostatecznego beneficjenta, czyli odbiorcę.”(Dominik Stanisławski, ASP Im. J. Matejki w Krakowie)

3. Rola artysty w procesie zagospodarowania przestrzeni.

„Co do oceny aktualnej sytuacji to na usta ciśnie się sformułowanie, że w Krakowie nie ma mowy o operujących w przestrzeni miejskiej artystach w liczbie mnogiej. I o ile jest to pewną przesadą, o tyle pokazuje, że właściwie wszelkie realizacje podsuwane są jednej osobie nieoficjalnie piastującej stanowisko ‘nadwornego rzeźbiarza’, gdzie o konkursie, czy choćby publicznie otwartym  forum raczej się nie słyszy. Ale nie obarczałbym ‘winą’ samej osoby, a raczej przywiązanie kolejnych zleceniodawców (‘miejskich’ i prywatnych) do wybierania w ich mniemaniu sprawdzonego (bezpiecznego i ideologicznie doskonale przewidywalnego?) realizatora swych złożeń, co jest nietransparentne. I teraz: niewątpliwie mnie, jako mimowolnego uczestnika-odbiorcę tych poczynań ma prawo to zainteresować, a co więcej, mam prawo coś takiego oprotestować. Dlatego uznaję zainicjowanie dyskusji za bardzo ważne.”(Dominik Stanisławski, ASP)

4. Postulaty jak przeciwdziałać namnażaniu się czarnych punktów w mieście:

„Myślę, że zorganizowanie Międzynarodowego Biennale Rzeźby w Krakowie skupiające się na rzeźbie w przestrzeni placów miejskich jest warte przeanalizowania. Tego typu impreza poprzez działanie poza galeriami szybko trafiałaby do odbiorców i pomagała kształtować gust mieszkańców miasta, podobnie jak to czyni ArtBoom oswajać ich ze sztuką współczesną na ulicach. Miasto mogłoby odkupywać rzeźbę od artysty, który zdobędzie grand prix i w ten sposób pozostawiać ślad po każdym Biennale.”(Tomasz Lelek, Politechnika Krakowska)

„Sadzę że „zrywanie trawy” i działania happeningowe nie załatwią sprawy. W sumie, to może nie powinniśmy tak całkiem walczyć z narodową „potrzebą pomników”. Skoro naród chce mieć solidny, „spiżowy” znak w przestrzeni publicznej, to dlaczego ma go nie mieć? I nie uważam żeby uwłaczało artyście odpowiedzieć na takie zapotrzebowanie – wg mnie dobrym przykładem jest pomnik Sandra Pertiniego autorstwa Aldo Rossiego w Mediolanie (a jakże – każdy mówi o tym co widział:) Tutaj jednak przestrzeń kształtował nie artysta lecz architekt, o ile to ma dla kogoś znaczenie…”(Mateusz Grzęda, UJ)

” Myślę, że jedynym argumentem mogącym wpłynąć pozytywnie na władze miasta jest argument merkantylny. Za przykład podałbym doskonale znane wszystkim zainteresowanym realizacje architektoniczne z Bilbao czy Graz, które przyciągają i zatrzymują ciekawskich okupujących w tym celu hotele i restauracje. Oczywiście implikuje to szersze ujęcie działania w przestrzeni miejskiej, ale nic nie jest oderwane od reszty i tutaj posłużyłoby tylko w celach ‘uświadamiających’. O tyle jest to jednak trudne (jeśli nie niemożliwe), że w Krakowie postawy tradycjonalistyczne zwykło się uważać za atut. Tylko ten atut – to właśnie trzeba jakoś pokazać rajcom – nie przynosi zawsze dodatkowego dochodu (nie wspominając o tak cenionym splendorze), a raczej wzbudza drwiące uśmiechy odwiedzających Kraków turystów przyzwyczajonych do ‘czegoś więcej’ w przestrzeni publicznej. Ten drugi argument, argument ‘ze wstydu’, w parze z merkantylnym miałby, moim zdaniem, szanse otworzyć oczy włodarzom. Do tego trzeba sobie powiedzieć jasno: dyskusja o tym, jak szeroka jest definicja sztuki i co z jej świata lepiej ‘zagra’ w przestrzeni miejskiej władz miasta nie zainteresuje. Ale już unaocznienie rajcom, iż zlecone realizacje jedynie pozornie są sztuką, może wywołać mentalną przemianę, która swe praktyczne przełożenie znalazłaby w przyszłości. W końcu, jak zauważa Mateusz Grzęda, jesteśmy społeczeństwem, które musi stawiać pomniki. Zgadzamy się wszyscy co do jednego – stawiajmy dobre!”(Dominik Stanisławski, ASP)

Pojawiły się także sugestie, że miejsca, które zasługują już na miano Czarnych punktów, należy „oswajać” za pomocą różnorakich działań, imprez i happeningów. Ciekawą propozycją wydaje się być stworzenie pod pomnikiem SKARGI krakowskiego Speaker’s Corner znanego z Hyde Parku w Londynie. Każdy z tych punktów wymaga głębszego przeanalizowania. Komentarzy i odpowiedzi na te problemy powinniśmy zacząć poszukiwać nie tylko w „środowisku”, ale wśród władz miasta, architektów miejskich, deweloperów, a także, a może przede wszystkim, obywateli miasta, których zdanie powinno być kluczowym w tej dyskusji. Podsumowując po raz kolejny pozwolę sobie zacytować Dominika Stanisławskiego :

„Wygląda na to, że łatwy do zdiagnozowania problem jest o wiele bardziej skomplikowany w aspekcie rozwiązania, jako że jest to kwestia zmiany sposobu myślenia zleceniodawcy, przy zgodzie przechodnia na tę zmianę. Raczej trudne! – nie od dziś wiemy, jak oporną materią jest ludzka mentalność. Kto miałby dokonać tej zmiany? – artysta (Artysta?), kółko się zamyka. Wymiana ‘nadwornego rzeźbiarza’ na innego nic nie da.”